Trzydniowiański i pół Kończystego

zima w Tatrach Zachodnich



Ech, te nasze Taterki, schodzone, obejrzane, obfotografowane i opisane w niezliczonej ilości miejsc w realu i w internecie. Krajobrazy i miejsca doskonale wszystkim turystom znane. Jak tu kogoś czymś zaskoczyć i zaintrygować? Wyjść na ring i może niekoniecznie znokautować, ale chociaż wygrać na punkty? Spróbuję.
A więc do rzeczy: w pewną słoneczną marcową niedzielę, zamarzył się nam z koleżanką zimowy wyjazd w Tatry. Ustaliliśmy, że pojedziemy na Trzydniowiański Wierch. Wycieczka ta chodziła mi po głowie od jakiegoś czasu, teraz przyszła pora na realizację planu. Wyjechaliśmy z Krakowa skoro  świt (dzień marcowy coraz dłuższy), po drodze przebijaliśmy się przez małopolski smog, niespecjalnie interesujące wrażenia widokowe, można nawet powiedzieć, że lekko apokaliptyczne.

W planie było zaparkowanie samochodu na Siwej Polanie, przejście ok 2/3 Doliny Chochołowskiej, wejście czerwonym szlakiem na Trzydniowiański, zejście Doliną Jarząbczą do schroniska i powrót Doliną  na parking. W Chabówce odbiliśmy z "Zakopianki" i ruszyliśmy skrajem Orawy drogą przez Czarny Dunajec. Dzień się budził, słońce nieśmiało przebijało się przez mgłę? smog?, a dokładnie vis-a-vis czerwonej tarczy nad horyzontem unosiła się srebrna tarcza Księżyca w pełni.


Wiadome było dla nas, że w Tatrach smogu nie ma i powinno być krystaliczne powietrze i właściwa dobrej pogodzie przejrzystość powietrza, tak mocna tylko zimą. Tak się też stało, na Siwej Polanie światło słońca o wschodzie uderzyło z dużą siłą, choć mrozik ścinał mocno.

poranek na Siwej Polanie

zbliżenie na Giewont.

W góry, w góry miły bracie, tam przygoda czeka na cię... Bajkowa aura na Siwej Polanie zapowiadała duże atrakcje w dalszym ciągu wycieczki. Dość sporo ludzi szło w stronę Tatr, chcąc wykorzystać piękną, niedzielną pogodę.

na Siwej Polanie

W samej Dolinie było pierońsko zimno, idzie się tam lasem, strome zbocza nie dopuszczają wiele promieni ciągle niskiego marcowego słońca, miałem momentami wrażenie spaceru po wnętrzu lodówki. Pozostawała tylko nadzieja (spełniona) na słoneczko i przyjemniejsze warunki na grani. Sama Dolina Chochołowska nie jest może specjalnie ekscytująca, dużo jej brakuje do piękna Doliny Kościeliskiej, ale zimą, przykryta śniegiem i oświetlona niskim słońcem wyglądała nawet interesująco. Poniżej kilka zdjęć z drogi Doliną Chochołowską.






Po dotarciu do krzyżówki szlaków wyruszyliśmy czerwonym szlakiem na Trzydniowiański. Początkowa droga prowadzi Krowińcem (Krowim Żlebem) stromo pod górę, podejście to uważane jest powszechnie za bardzo uciążliwe. Zaraz na początku założyliśmy raki, które okazały się zbawienne, bez nich ciężko i niebezpiecznie byłoby wyjść na górę. Nawiasem mówiąc, po drodze mijaliśmy się z wieloma turystami, a tylko dwóch z nich wychodziło na górę bez raków.
Po wyjściu nad Krowi Żleb i nad granicę lasu zaczyna się najciekawszy moment podejścia, bo idziemy granią Kulawca i mamy widoki na Tatry na wprost siebie, na prawo i na lewo. Lubię takie widokowe granie, w polskich Tatrach Zachodnich oprócz tej, którą szliśmy (kończącej się Kończystym Wierchem), są jeszcze takie dwie: Grześ - Rakoń - Wołowiec i grzbiet Ornaku.

pierwsze widoki - Giewont z nietypowej strony

W pozostałych porach roku idzie się tym szlakiem przez gęstą kosodrzewinę, teraz była ona cała przysypana śniegiem, spod którego wystawały jedynie jej czubki. Różnica pomiędzy zimą a pozostałymi porami roku jest zasadnicza, można ją zobaczyć na poniżej, na zestawieniu dwóch zdjęć zrobionych prawie z tego samego miejsca  podczas tej wycieczki oraz w czerwcu. Kiedy jest ciekawiej? Dla mnie zima wygrywa o trzy długości!


To wracamy z tych chwilowych czerwcowych wojaży do naszej zimy. Otóż zgodnie z naszymi oczekiwaniami zrobiło się ciepło i przyjemnie. Marcowe słońce nawet w Tatrach potrafi mocno przygrzać. Trzeba było przełożyć część ubrań z grzbietu do plecaka i w drogę. Przemknęła mi przez chwilę myśl, że przydałaby się czapka z daszkiem (miałem tylko zimową, a moje krótko ostrzyżone włosy niespecjalnie by ochroniły głowę przed słońcem).

w stronę Trzydniowiańskiego

Podejście Krowim Żlebem było najbardziej wyczerpującym fragmentem wycieczki, potem się szło łagodnie w górę i można było w spokoju podziwiać krajobrazy. Migawki aparatów strzelały co chwilę (koleżanka też jest z gatunku pstrykających), a było co fotografować. Pomyślałem, że znowu będą dylematy przy selekcji zdjęć. A więc podążamy na Trzydniowiański:

Rohacz Ostry, Wołowiec i Rakoń

panorama w stronę zachodu: Trzydniowiański Wierch, Rohacz, Wołowiec, Rakoń, Grześ, Osobita na horyzoncie, Bobrowiec, a pod nim cień autora

Długi Upłaz - w drodze na Wołowiec

podwójny wierzchołek Błyszcza i Bystrej i Starorobociański Wierch

Bystra (2248 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem Tatr Zachodnich, a Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem polskich Tatr Zachodnich.

pod górę na nartach

Byliśmy zaskoczeni sporą ilością turystów wędrujących tego dnia po Tatrach. Sami mijaliśmy ich dość sporo, a widać było też spore pielgrzymki ciągnące na Wołowiec i trochę mniejsze na Ornaku.

mróweczki podążające na Trzydniowiański Wierch

Było też sporo narciarzy. Część z nich podchodziła na nartach, a niektórzy szli z nartami przytroczonymi do plecaków. Fajna sprawa, bo podchodzi się w takim tempie jak pieszo, ale zejście (zjazd) jest błyskawiczne i można dłużej posiedzieć przy piwku w schronisku :)

Kominarski Wierch i masyw Ornaku

spacer po kosodrzewinie

zimowa sceneria w czarno-białej stylistyce

ostry jak żyleta Ostry Rohacz i Płaczliwy Rohacz z tyłu


turyści podążający na Wołowiec

balony i samoloty nad Ornakiem

śnieżne wydmy na tatrzańskiej zimowej Saharze

No i dotarliśmy na Trzydniowiański Wierch. Zawsze w takich miejscach zimą ogarnia mnie poczucie pobytu na innej planecie, tak ten zimowy pejzaż jest odmienny od tego z pozostałych pór roku. A pejzaże - wspaniałe na prawie wszystkie strony świata. Wierzchołki Tatr prezentowały się znakomicie, odcinając się wyraźnie bielą na tle błękitnego nieba, chmurek było w sam raz tyle, by urozmaicić pejzaż, a pogoda: o ile nie wiało, to było sielsko, anielsko, ciepło i przyjemnie. Zjedliśmy co nieco, popili ciepłą herbatką z termosa i przystąpiliśmy do podziwiania i fotografowania. Wrażenia widokowe psuł jedynie bury smog unoszący się nad Podhalem i snujący się pod Babią Górą i Pilskiem. Pomyślałem: jak to dobrze, że dziś się wspięliśmy się ponad to.

na Trzydniowiańskim Wierchu

Kończysty i Jarząbczy Wierch

smog nad Podhalem

Kończysty i Jarząbczy Wierch, tym razem w kolorze

panorama Tatr Zachodnich - od Starorobociańskiego Wierchu po Bobrowiec

Łopata, Rochacze i Wołowiec - a nad nimi strzępy chmur

Po postoju na Trzydniowiańskim poruszyliśmy kwestię, co dalej? Iść na Kończysty, czy nie? Dowiedzieliśmy się od turystów, że na głównej grani mocno wieje, było tam poza dym dość daleko, a mieliśmy jeszcze przed sobą perspektywę dalekiego powrotu na parking na Siwej Polanie. Motywację mieliśmy taką średnią, a poza tym byliśmy zgodni, że wystarczy podejście kawałek w stronę Kończystego na wierzchołek o nazwie Czubik (znajdujący się w połowie drogi na Kończysty Wierch). Tam zaplanowaliśmy koniec trasy. Stąd też, drogi Czytelniku, taki a nie inny tytuł wpisu na blogu.

droga na Kończysty

Błyszcz z Bystrą i Starorobociański

planeta Hoth? - nie, to grań Ornaku i wystający spod niej Ciemniak

tatrzańskie wydmy

Na Czubiku był drugi postój i kolejna sesja wrażeniowo-fotograficzna.

chmury pierzaste (cirrusy) nad Tatrami

w stronę Tatr Wysokich, w pejzażu dominuje Świnica i Lodowy

Trzydniowiański Wierch, a za nim w linii prostej Bobrowiec i Babia Góra

zbliżenie na masyw Lodowego Szczytu

piramida Starorobociańskiego Wierchu

uroki skitouringu - zjazd z Łopaty

lodowe wierchy

z górki na pazurki

Lekko popołudniowe słońce zeszło trochę niżej nad horyzont, cienie się wydłużyły, pejzaże stały się bardziej plastyczne.

masyw Ornaku, a nad nim Tatry Wysokie

Zastanawialiśmy się nad jedną kwestią: w naszym otoczeniu śnieg był wszędzie śnieżnobiały, jak to zimą w górach, ale na odcinku Ciemniak - Świnica był wyraźnie przyżółcony. Nie bardzo wiedzieliśmy, co było tego przyczyną, może bliskość Zakopanego i pyłów unoszących się znad zimowej stolicy Polski? Ma ktoś jakiś pomysł?


Zimą zestawienie białych gór i mocno niebieskiego nieba, zwłaszcza przy ciekawej konfiguracji chmur na niebie, daje bardzo ciekawe i dramatyczne efekty w fotografii czarno-białej. Lubię robić zimą zdjęcia czarno-białe, wydają się one interesującym urozmaiceniem relacji, a wyżej opisany dramatyzm jest nie do uzyskania przy tradycyjnej fotografii kolorowej. Efekt jak na zdjęciu powyżej.
A poniżej kolejne zdjęcia w popołudniowym słońcu.

Jarząbczy Wierch po lewej

pejzaż pod słońce

śnieżna pustynia

kolejne skojarzenie z planetą Hoth

Tu może pora na małe wyjaśnienie, bo nie każdy wie, o co chodzi z planetą Hoth. Otóż skojarzenie to może być silne dla fanów "Gwiezdnych Wojen", do których i ja się zaliczam, a śnieżna planeta Hoth była miejscem początku fabuły V części sagi "Imperium Kontratakuje", w powszechnej (w tym mojej) opinii uważanej za najlepszy epizod "Star Wars".

Dolina Jarząbcza

I przyszła pora na powrót. Mieliśmy w planie zejście Doliną Jarząbczą do schroniska na Polanie Chochołowskiej, ale szlak z Trzydniowiańskiego do Doliny Jarząbczej był jakiś taki mało pewny, przetarty głównie przez narciarzy. W połączeniu z III stopniem zagrożenia lawinowego obowiązującym wówczas w Tatrach zejście to nie było zbyt dobrym pomysłem. Nie pozostawało nic innego, jak wrócić tą samą trasą, którą przyszliśmy. Wprawdzie zejście stromiznami Krowińca również nie zapowiadało się ciekawie, ale przynajmniej wiedzieliśmy, czego się spodziewać no i nei było zagrożenia lawinami. No trudno, nici z widoków w Jarząbczej i szarlotki w schronisku. Wracamy przez Krowiniec.

światło i cień na grani Tatr

Poniżej efekt halo. Mamy z nim do czynienia zimą, gdy słońce odbija się i załamuje w kryształkach lodu znajdujących się w atmosferze. Taka zimowa wersja tęczy.



popołudniowe niebo nad Kominiarskim Wierchem i Ornakiem oraz nasze długie cienie

niebo nad Tatrami

słońce nad Rohaczem

Po zejściu Krowim Żlebem do Doliny Chochołowskiej znowu wrażenie wejścia do lodówki. Na górze było zdecydowanie cieplej! Faktem jest, że słońce nie bardzo miało jak ogrzać Dolinę, a i zjawisko inwersji temperatur, typowe dla zimy w górach zrobiło swoje. Trzeba było znowu zarzucić na plecy co tam kto miał w plecaku i potuptać drogą. Miałem nadzieję na jakieś fajne zdjęcia o zmierzchu z Siwej Polany w stronę Giewontu, ale niestety wieczorem pokonał mnie podhalański pan Smog, któremu udało sie dotrzeć aż tu. I niestety ostatnim zdjęciem z wycieczki okazało się zdjęcia słońca świecącego nad Rohaczami, a na "płonące niebo" trzeba czekać do następnej okazji, mam nadzieję, że niedługo.

Sebastian Słota

Komentarze

  1. Zazdroszczę...
    W tą słoneczną niedzielę byłem "tylko" na Babiej - i tęsknie spoglądałem w kierunku Tatyr...
    Zdjęcia z późnieszych godzin nabrały uroku. Coś się zaczęło dziać.
    Mój TOP 3:
    "pejzaż pod słońce" - za układ oświetlenia: słońce na ciemnym niebie, jasny horyzot i ciemno-jasne góry
    "dolina Jarząbcza" - za błyszczącą, lodową pokrywkę Łopaty
    "światło i cień na grani Tatr" - bo ładne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ekstra, w tym roku chciałem zrobić podobna trasę w tym roku, ale wiało tak ze zrobienie kroku nie było możliwe. odpuściłem ale kiedyś dam radę. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

TOP 5