Rowerem wokół Zatoru przez Dolinę Karpia
Wyznaczona przez mnie trasa przebiega wokół Zatoru i znajdujących się tu licznych stawów hodowlanych,
funkcjonujących w ramach zwyczajowej nazwy „Dolina Karpia".
Tutejsze stawy hodowlane, rozrzucone na płaskiej przestrzeni, nie mają nic
wspólnego z położeniem dolinnym, jest to zwyczajowe określenie, ale dobrze
oddające istotę rzeczy. Dolinę Karpia tworzą stawy znajdujące się obecnie na
terenie siedmiu małopolskich gmin wokół Zatora, a co ważne dla turysty
rowerowego, obszar ten jest pokryty gęstą siecią dróg i Ścieżek rowerowych, co
pozwala wytyczyć tutaj trasy o różnej długości, dostosowane do możliwości
kondycyjnych i czasowych różnych osób.
Symbolem miejsca jest karp zatorski - odmiana cechująca się dużą masą mięsną,
delikatnym smakiem, świeżym zapachem i oliwkowo-niebieskim kolorem. Mnie tam
karp kojarzy się z niezbyt smaczną rybą smażoną w panierce i podawaną na
wigilijnych stołach, bo taka jest „tradycja". Tradycja sięgająca raptem
pierwszych lat po II wojnie światowej. Przed il wojną światową na wigilijnych
stołach w Polsce była oczywiście podawana ryba, ale panowała wtedy duża
różnorodność, jeśli chodzi ojej gatunki, a akurat karp był rybą drogą,
serwowaną głównie na mieszczańskich i dworskich stołach.
Masowa popularność karpia w Polsce narodziła się po II wojnie światowej.
Zrujnowana flota rybacka nie była w stanie zapewnić dostaw ryb morskich, była
potrzeba zapewnienia ryb poprzez hodowlę w państwowych gospodarstwach
rybackich. Hodowla tej ryby jest stosunkowo łatwa. Ponadto żywy karp dobrze
znosi transport w cysternach, więc jego dystrybucja była względnie łatwa, a
obrazy karpi w wielkich brezentowych kadziach sprzedawanych w sklepach rybnych
lub dystrybuowanych w zakładach pracy, a następnie pływających w domowych
wannach to jedne z klasyków PRL-u.
Na zwiedzanie Doliny Karpia wytyczam sobie czterdziestokilometrową trasę.
Nie jest to domknięta pętla, przyjeżdżam z Krakowa pociągiem, a logistycznie
i krajobrazowo najłatwiej mi zacząć w Spytkowicach, a skończyć z Zatorze. Z
jednej miejscowości do drugiej jest ok. 7 km, nie problemu z domknięciem
pętli, jeśli ktoś np. przywiezie rower na bagażniku samochodowym.
Trasa ma charakter mocno mieszany. Są odcinki wałami wiślanymi, jest
asfalt, jest szuter, są ścieżki porośnięte trawą. Przejeżdża się obok
stawów, ale są spore odcinki łąkami, czy przez wsie. Nudzić się nie ma
okazji. Rozpoczynam trasę przy dosłownie „zabitym deskami" budynku dworca
kolejowego w Spytkowicach.
Po krótkim odcinku ruchliwą drogą 44 skręcam w prawo, jadąc między licznymi
stawami położonymi między Spytkowicami a Wisłą. Pierwsze wrażenie: dużo
brzegów porośniętych szuwarami, dużo kwiatów przy drogach i dużo wodnego,
dzikiego ptactwa. Na razie nie jest to jakaś ostoja dzikości, ale jedzie się
i obserwuje przyrodę bardzo przyjemnie. Trochę żal, że nie wziąłem
teleobiektywu, mógłby być dziś pomocny, trzeba sobie radzić tym sprzętem,
który mam.
Za stawami wjeżdżam na fragment Velo Skawa w rejonie ujścia Skawy do Wisły.
Trasa prowadzi asfaltem po grzbiecie wałów przeciwpowodziowych. Flora jest
tu bogata, ale Wisły widać niewiele.
Skawę widzę po raz pierwszy dopiero przejeżdżając przez nią mostem.
Krótki odcinek przez wieś i wjeżdżam na pomiędzy stawy zlokalizowane między
Podolszem a Podlesiem. Na pierwszym odcinku tutejsze stawy są w większości
słabo widoczne z trasy, Ich brzegi są porośnięte gęstymi i wysokimi
szuwarami. Gdzieniegdzie jedynie można obejrzeć ich taflę wodną, często
gęsto porośniętą roślinnością.
Niemniej im dalej, tym lepiej. W centrum tych stawów znajduje się luksusowy
glamping, jak kogoś interesują takie formy wypoczynku, to ta wydaje się być
bardzo ciekawa, może kiedyś skorzystam. Jedynym minusem mogą być jedynie
komary. Od tego miejsca szuwary się przerzadzają, można więcej poobserwować.
gęsto porośniętą roślinnością. Nad jednym ze stawów widać jakieś stalowe
konstrukcje. Wyobraźnia podsuwa mi postapokaliptyczne krajobrazy z serialu
„The Last of Us", ale rzeczywistość jest bardziej prozaiczna -to
rollercoastery w Energylandii.
Po opuszczeniu terenu tych stawów przede mną dość długi na prawie 20 km
odcinek wiejsko - polny. Mniej więcej w połowie dzisiejszej trasy robię
sobie przerwę gastronomiczną w kawiarni Bistro Maja Cafe Przeciszów. To
coraz częstszy widok podczas moich wycieczek po małopolskich wsiach:
kawiarnia czy restauracja urządzona w nowoczesnym „wielkomiejskim" stylu, z
menu też adekwatnym do niego. Można tu kupić smaczne chleby, słodkie
wypieki, lody, piwa kraftowe (to w kawiarnianej części menu), ale można też
zjeść śniadanie, czy dania obiadowe, w tym pizzę, na którą się skuszam.
Pizza jest dobra. Nie jest to może wybitne dzieło kulinarne, ale jest dużo
lepsza niż niejedna „pizza po polsku" jedzona przeze mnie dawniej w małych
miejscowościach. Do tego bezalkoholowe piwo typu IPA (bardzo dobre), a na
koniec ice latte. Idealny posiłek na letni ciepły dzień.
Po przejechaniu wzmiankowanego wcześniej odcinka polno-wiejskiego przede mną
kolejne zgrupowanie stawów, tym razem między Zatorem a Łowiczkami. Nie, nie
jadę jeszcze do Zatoru, skręcam w prawo w groble pomiędzy tymi stawami.
I teraz uwaga: przede mną najpiękniejszy odcinek wycieczki przez stawy,
trasa wiedzie przez porośnięte wysoką trawą groble pomiędzy pełnymi ptactwa
i ryb zbiornikami. O ile poprzednie stawy lokowały się gdzieś w
cywilizacyjnym kontekście, to tu mam wrażenie pełnej dzikości otoczenia i
nie zmienia tego nawet widok rollercoasterów Energylandii na horyzoncie.
Cudowne miejsce, trzeba jedynie uważać na groźnie wyglądające tablice stojące tu i ówdzie.
Przede mną kolejne stawy rybne, tym razem jest to zbiór niewielkich stawów położonych równolegle do rzeczki Wieprzówki. Stawy są pełne ryb i są porośnięte wodnymi roślinami.
Ostatni etap wycieczki to stawy rybne położone wzdłuż rzeki Skawy tuż przy południowej granicy Zatoru. Pewnie z uwagi na bliskość miasta otoczenie stawów zmienia się na bardziej parkowe, pojawiają się ławeczki przy stawach i przystrzyżona trawa. Są tu prywatne łowiska, korzystanie z nich jest płatne, obowiązuje w nich zakaz kąpieli, niektóre z nich działają na zasadzie „no kill”, to znaczy wędkarz ma obowiązek wypuścić złowioną rybę z powrotem do wody, a przy podestach można zobaczyć numerki stanowisk wędkarskich.
Omijając skrzętnie liczne familijne atrakcje Zatoru, np. Park Mitologii zmierzam prosto na dworzec kolejowy, by tym wsiąść do pociągu i wrócić do Krakowa. Budynek dworca jest opustoszały i zamknięty na cztery spusty podobnie jak dworzec w Spytkowicach.
Przejechałem rowerem 40 km, naoglądałem się szuwarów, wody i dzikiego ptactwa, pokręciłem się tam gdzie nie wolno, a na obiad zamiast karpia zjadłem pizzę. Czy było to właściwe podejście do tych terenów, oceńcie sami. Mnie się taka wersja kontaktu z przyrodą bardzo podobała.
Sebastian Słota














































Komentarze
Prześlij komentarz