Kopalnia soli w Turdzie

Kopalnia soli w rumuńskim mieście Turda (po rumuńsku Salina Turda), to dość kontrowersyjny obiekt do zwiedzania i bynajmniej nie chodzi tu o samą kopalnię sensu stricto, lecz o opinie zwiedzających, które się mocno różnią od siebie. Są osoby zachwycone zwiedzaniem, ale jest też bardzo liczna grupa osób, dla których owo zwiedzanie było wielkim rozczarowaniem.
Oczywiście każdy ma prawo do swojej opinii, moją poznacie na końcu wpisu, ale rzadko spotykam się z tak wielką ich polaryzacją. My zwiedzamy kopalnię przy okazji przejazdu z Oradei do Medias, nie musimy nakładać drogi ani specjalnie przyjeżdżać do Turdy, więc co szkodzi spróbować i przekonać się na własnej skórze, czy jest ciekawie czy nie.
Historia kopalni soli w Turdzie sięga czasów średniowiecznych, pierwsza oficjalna wzmianka o niej pojawia się w 1271 w dokumentach kancelarii króla Węgier Stefana V. Kopalnia należała do dóbr królewskich, a prawo do wydobycia było ściśle kontrolowane przez państwo. Zupełnie tak jak w przypadku kopalni soli w Wieliczce, a trzeba pamiętać, że w średniowieczu sól była niezwykle cenną substancją.
Nowoczesne systemy wydobycia soli zaczęto tu stosować w XVII wieku, a obecny kształt dwóch wielkich hal kopalnia zyskała w II połowie XIX wieku. Urobek był wydobywany ręcznie, bez udziału maszyn czy materiałów wybuchowych, co powodowało spadek opłacalności wydobycia - kopalnia została oficjalnie zamknięta w 1932 roku. Kopalnia była jednakże dalej użytkowana: podczas II wojny światowej służyła jako gigantyczny schron przeciwlotniczy, składowano tu również amunicję, po wojnie część hal służyła jako wielka dojrzewalnia serów, czemu sprzyjała stała, niska temperatura (10-12 stopni Celsjusza), a w 1950 roku kopalnia została udostępniona do zwiedzania.
Swój obecny kształt, o którym będzie mowa w dalszej części relacji, kopalnia uzyskała w ramach modernizacji w latach 2008-2010 sfinansowanej z udziałem funduszy unijnych.
Do kopalni prowadzą dwa wejścia turystyczne: nowe, z olbrzymim płatnym parkingiem oraz stare, bardziej kameralne, z niewielkim i raczej pustawym darmowym parkingiem położone przy Strada Salinelor. Tam właśnie rozpoczynamy zwiedzanie.
Bilet dla dorosłych kosztuje 75 lei w dni powszednie i 90 lei w święta, czyli po kursie z czerwca 2026 odpowiednio ok. 61 i 73 zł. Czy to dużo, czy mało, to już sobie każdy musi odpowiedzieć, jednakże biorąc pod uwagę, że w Rurnunii dla Polaka jest nadal tanio, cena nie należy do najniższych i znacznie podrożała na przestrzeni ostatnich kilku lat.
W kopalni nie wolno robić zdjęć aparatem fotograficznym, za to można komórką. Wg mnie to jawna dyskryminacja, ale cóż trzeba sobie jakoś radzić. Nadmieniam, że w kopalni w kilku miejscach można natknąć się na kamery, które zapewne mają pomóc monitorowaniu terenu w przypadku awarii, zagrożenia, aktów chuligaństwa itp.
Po przekroczeniu drzwi wejściowych udajemy się na około ośmiosetmetrowy spacer płasko wykutym chodnikiem Franciszka Józefa. Za luksus zaparkowania na płatnym parkingu przy nowym wejściu możemy zaoszczędzić ok. 500 metrów dojścia - po tamtej stronie chodnik jest krótszy.

chodnik Franciszka Józefa

chodnik wykuty w soli

Po drodze można zajrzeć (tylko przez siatkę) do nieudostępnionego do zwiedzania szybu Józef, głębokiego na 115 metrów oraz obejrzeć wystawę zabytkowej techniki górniczej.
Schodzimy na górny poziom Hali Rudolf. Schody są wyślizgane od tysięcy par butów i lekko pokryte warstwą soli.
Hala Rudolf to wykuta w skale wielka hala o kształcie prostopadłościanu długa na około 80 metrów, wysoka na 40, a szeroka na 50 metrów. Wokół górnego poziomu prowadzi drewniany chodnik, a widok w dół zabezpiecza szeroka na ponad metr siatka, to jakby ktoś się za bardzo wychylił. Wielkość hali nasuwa mi skojarzania z odwiedzonymi rok temu Jaskiniami Szkocjańskimi w Słowenii, choć tam było dziko i ciemno, a tu jest względnie jasno i cywilizowanie, a ściany są relatywnie równe. Jest też dość ciepło, dla mnie wystarczającym ubiorem są krótkie spodnie i cienka bluza z długim rękawem. Zdarzało mi się bywać w dużo chłodniejszych jaskiniach czy kopalniach.
Przez siatkę można oglądać, choć z pewnymi ograniczeniami, zagospodarowanie dolnego poziomu hali Rudolf, o którym za chwilę.
Na ów dolny poziom można się dostać windą lub zejść schodami. Winda ma małą przepustowość, wchodzi do niej tylko siedem osób i przejazd nią zawsze jest okupiony czekaniem w kolejce. Decydujemy się oczywiście zejść drewnianymi schodami.
Na dolnym poziome hali Rudolf to, co budzi chyba najwięcej kontrowersji: park rozrywki ze stołami do ping-ponga, placem zabaw, minigolfem, amfiteatrem a nawet kołem diabelskim, wszystko oczywiście dodatkowo płatne. Poza kilkoma dzieciakami grającymi w ping-ponga nie zauważyłem, by ktoś korzystał z innych atrakcji. Plusem jest na pewno atrakcyjne oświetlenie hali długimi, zwisającymi z sufitu lampami.

widok na Halę Teresa

Do najniżej położonej hali Teresa nie da się już zjechać windą. Prowadzą do niej słabo widoczne z daleka wąskie drewniane schody położone obok kibelków (darmowych). O ile na sali Rudolf znajdują się dwie jednokierunkowe klatki schodowe, to do Teresy prowadzą jedne schody i trzeba się liczyć z trudnościami przy mijaniu, bo jest tam dość ciasno.
Hala Teresa to wyrobisko starsze od Rudolfa, w kształcie stożka, o wysokości ok 100 metrów. Skąpe oświetlenie górne oraz ustawione na dole oświetlone „spodki" sprawiają wrażenie przebywania w przestrzeni kosmicznej. Pamiętacie jeszcze określenie „UFO"? Te spodki przywodzą mi na myśl właśnie UFO, choć w jednym miejscu mam silne skojarzenie z Sokołem Millenium z Gwiezdnych Wojen.

Sokół Millenium?
Hala jest wypełniona wodą, można tu pływać łódkami. Ciężko zorientować się, czy jest tu płytko, ale chyba tak, bo nie są wymagane kapoki. Ciężko byłoby ratować tu kogoś w takim półmroku, a może woda jest tak słona, że nie da się w niej utopić. Niestety, do brzegu można podejść tylko przy okazji wypożyczenia łódek, więc nie mam okazji tego sprawdzić, a na przejażdżkę po podwodnym jeziorze nie mamy ochoty.
Tu w zasadzie kończymy zwiedzanie, wracamy schodami do tunelu Franciszka Józefa i wychodzimy na zewnątrz. Na parkingu jest nieco więcej aut niż rano, ale nadal trudno mówić o tłumach, a chętni mogą wejść do kopalni bez oczekiwania w kolejce. Być może przy nowym wejściu jest więcej osób, ale tego nie sprawdzamy.
Idziemy na obiad do restauracji znajdującej się nad parkingiem. Jest miło, sympatycznie, chłodno wewnątrz, kelner mówi po angielsku, a menu jest typowe dla większości rumuńskich restauracji - zamawiamy mici z frytkami. Jest godzina mniej więcej czternasta, a chyba jesteśmy pierwszymi klientami w restauracji, bo kelner prosi nas o kilka minut cierpliwości - musi podładować przenośną kasę fiskalną. Luz.
Pora na podsumowanie. Czy kopalnia soli w Turdzie to rewelacja, jak sądzą niektórzy, czy może przepłacony i mało ciekawy obiekt jak sądzą inni? Według mnie prawda leży pośrodku. Kopalnia nie urzekła mnie jakoś wybitnie, ale z drugiej strony nie uważam czasu poświęconego na jej zwiedzanie za zmarnowany. Podobało mi się, choć faktycznie cena biletu jest dość wysoka, zwłaszcza jak komuś zwiedzanie wypadnie w weekend. Byliśmy tu przejazdem, być może moja ocena byłaby ciut bardziej krytyczna, gdybyśmy musieli np. poświęcić cały dzień na przyjazd tu i powrót. Byliśmy w trójkę, w składzie mieszanym damsko-męskim, pozostałym uczestniczkom wycieczki też się podobało, a to też bardzo istotne, może nawet najistotniejsze.

Na zakończenie pokażę wam pewną ciekawostkę. Gdy jechaliśmy do Turdy, przejeżdżaliśmy przez miasteczko Huedin. Na jego obrzeżach, przy głównej drodze można obejrzeć zbiorowisko bardzo specyficznych domów, a może raczej pałaców. Ponoć mieszkają tu królowie cygańscy, czy też inne ważne osoby z tej społeczności. Domy są bardzo duże, co świadczy częściowo o zamożności ich właścicieli. Częściowo, bo wiele z nich jest niedokończonych. W niektórych niedokończonych pałacach mieszkają ludzie, w innych nie.
Architektura ich jest specyficzna, wynikająca z uwielbienia przez Cyganów zdobień i ornamentów wszelkiej maści. Dachy są kilkustopniowe, fikuśnie wykończone i niektórym mogą się kojarzyć z architekturą południowo-wschodniej Azji. Warto zwolnić samochód lub nawet przystanąć na poboczu, by tę niezwykłą architekturę obejrzeć, co czynię przy okazji.
raczej nie złote, ale na pewno nie skromne

Gdy byliśmy trzy lata temu w Rumunii na wakacjach, byliśmy świadkami ślubu cygańskiego w kościele w Sybinie. Obserwowana tam cygańska moda według mnie idealnie pasowała do stylistyki tych pałaców.

Sebastian Słota

Komentarze

TOP 5

Na Tuł Szlakiem Cisownickim